w środę w nocy jak debil pomyślałam, że najadłam się czegoś niedobrego i że dlatego mnie brzuch boli. otóż nie... miałam zapalenie otrzewnej i gdyby nie taka myśl "a nuż może to być wyrostek" to bym się ja przekręciła na śmierć i amen. no i tak zaczęło się rumakowanie... szpital - jest... samolot klasa "biznes" - jest (nie wiem dlaczego ale zawiało mi komuną... zwłaszcza ta rękawiczka na podłodze. a pan ginekolog był cholernie podobny do norberta i normalnie miałam dziwne uczucie jak zaglądał mi pod maskę)
sala obserwacyjna - jest (tu zostałam sponiewierana do końca i zadano mi pytanie: "czy chce pani operację? nie wiemy co pani w sumie jest, ale jak otowrzymy brzuch to się dowiemy." i wtedy przypomniał mi się odcinek housa, który to powiedział, że każdy cpecjalista robi to co potrafii w swoim zakresie. a ja miałam doczynienia z chirurgiem. chirurg zawsze chce otwierać)
welflon - jest. nie wiem czy można to dostrzec, ale siedzę tutaj na bordowym rumaku, z którego korzystałam podczas pobytu w szpitalu niejednokrotnie. było "fajnie" :>. to było pierwsze wkłucie, ale niestety nie ostatnie. doliczyłam się czterech wkłuć w zgieciu lewego przedramienia, czterech prawego i trzy w prawym nadgarstku... siniory też po nich są. doznanie nie dla ludzi o słabych nerwach.
no i wylądowałam w sali na oddziale I chirurgii. czekałam. czekałam. poznałam miłe panie. dowiedziałam się, że to szpital, w którym robi się głównie operacje zmniejszenia żołądka i nagle mi się odechciało takiej operacji tylko normalnie jak człowiek żreć mniej:>
no i była operacja. oczywiście pośmiałam się z personelem medycznym czy by mi nie zrobili liposukcji przy okazji no i z moich nóg nieogolonych też się śmiałam. do momentu. aż zajebiście otępiona obudziłam się po narkozie. bolało gardło po rurce z gardła no i cała byłam w plastrach i takich czujnikach jak w matriksie normalnie. ale (o ja pierdole) miałam siłę robić zdjęcia i pisać smsy...
do tego byłam podłączona kabelkami. żyłam:>
no i wylądowałam w sali pooperacyjnej. dorobiłam się nowego kolegi: sączka. (kto wchodził i się o to pytał używał to innej nazwy, ale nie ważne)
jak nabrałam sił zaczęłam chodzić po korytarzu w celu zaspokojeniu pierdolca i ponoć lepszemu gojeniu się ran:> na tablicy informacyjnej znalazłam takie cudo. proszę wczytać się uważnie. ale to uważnie.
moja sąsiadka. masakra. pani ma ponad 80 lat i bardzo chętnie grała na gameboyu. poza tym bardzo dużo sprzątała (w przeciwieństwie do mnie) i chodziła po sali żaląc się, że "nie poczyniłam stolca". było zabawnie:)
wasze zdrowie. strasznie cierpiałam ostatniej nocy. było spotkanie interwentów. siedzieli do bardzo późna. nie to co na ostatnim niedzielnym. a ja jak debil jeszcze do tego nie mogłam zasnąć. za oknem lała się fontanna, która przypominała mi metodę moich rodziców, kiedy byłam mała, jak chcieli mnie nauczyć robić siku do nocnika. nie dało się. a potem o 3 w nocy wszystkie 3 babcie zaczęły sobie wtórować w chrapaniu. a jak debil genetyczny (ukłon w stronę mojej duszki, ona wie o co chodzi) zaczęłam się zastanawiać nad ewolucyjnym aspektem chrapania.
jeżeli chodzi o moją dietę (również i aktualną przez 2 tygodnie). woda i kleik. kleik. na myśl mi przychodzi wątek z książki vonneguta "trzęsienie czasu". tak w skrócie: koledzy wybrali się na polowanie i jeden z nich zawsze musiał być kucharzem. a ponieważ nie było to zajęcie fascynujące kiedy pozostali koledzy mogli sobie z przyjemnością polować na zwierzynę to wybierali kucharza drogą "ten kto narzeka na jedzenie ten gotuje". no i jeden na którego padło wymyślił, że przygotuje gówno renifera na oleju silnikowym. no i koledzy zaczynają konsumować owy posiłek. a tu nagle jeden krzyczy "przecież to jest gówno!" spojrzał na pozostałych, uspokoił się i dalej je mówiąc "ale jakie dobre to gówno".ja tego kleiku nie ruszyłam. zmusiłam b. żeby mi przywiózł kaszkę dla bachora.
ostatniego dnia wzbogacili moją dietę o suchary. nie dało się nawet ugryźć.
no i musiałam się pożegnać z kolegą sączkiem i wróciłam do domu. ot piękna historiia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz